WŁADYSŁAW WÓJCIK

Władysław nie był najmłodszym dzieckiem Dziadków na Kleniu, mógł więc być wcześniej przedstawiony. Korzystam jednakże z prawa autora do układu treści. To, co dla mnie, dla mojej najbliższej rodziny najważniejsze postanowiłam umieścić na końcu. Zobaczymy na ile starczy wiadomości, weny twórczej i atramentu. Żałuję, że tak późno zabraliśmy się do zbierania materiału, trudno bowiem teraz, gdy już nie żyje nikt z pokolenia rodziców, a i najstarsze siostry moje nie żyją, znaleźć jakieś rewelacje. Cieszę się tylko, że istnieją jakieś ustne przekazy rodzinne, a ponadto w latach 80 ubiegłego już stulecia (przed 1988 r.) byłam z bratem ks. Stasiem w Zbyszycach i wówczas zanotowałam kilka wypowiedzi cioci Zosi dotyczących rodziny. Z najmłodszego dzieciństwa taty zapisałam wydarzenie dotyczące pilnowania kaczek przez Władzia i Milcię. Myślę, że babcia kazała dzieciom pilnować kaczątek, które z reguły wysiadywała i wodziła kwoka. Na takie małe kaczuszki czaiły się wrony i porywały je, czasami jastrząb, lis, zdarzało się też, że kury zadziobały młode kaczę. Więc Władziu z Milką pilnowali tych kaczek, które jednak były niesforne i rozłaziły się na wszystkie strony. Wielkie było zdziwienie babci, kiedy zastała dzieci siedzące za stodołą, a obok nich równiutko były poukładane w rządku kaczuszki z poukręcanymi łebkami; tak to tato z ciocią dopilnowali porządku wśród kaczek.
Kiedy tato podrósł, to wraz z innymi chłopakami zaczął się rozglądać za dziewczynami szczególnie z sąsiedztwa. Blisko mieszkały Kubasionki – Leśniarówny i Leśniki nazywane Nastazionki. Pierwsze zainteresowania pannami raczej nie były poważne, szczególnie, że były związane ze zwyczajami świątecznymi. Na Sądeczczyźnie było przyjęte, że z palmy święconej w niedzielę Palmową robiło się krzyżyki, które zatykało się w polu, w każdym stajeniu (w każdej uprawie) wcześnie w poniedziałek wielkanocny, święcąc przy tym pole wodą poświęconą w Wielką Sobotę. Do skopka służącego do dojenia krów należało wlać święconej wody, pójść do studni, poświęcić wodę w studni, wrzucić kawałek święconego chrzanu , a potem do pełna nabrać wody, chodzić po polach, święcić i zatykać krzyżyki. Po dokonaniu tej na wpół religijnej czynności mężczyźni mieli prawo iść oblewać kogo się dało i robić tzw. wyrzędy. Można sobie wyobrazić jak to w społeczności trochę odizolowanej jaką było Klenie, w czasie gdy nie było ani prądu, ani radia i telewizji, jaką atrakcje dla młodych chłopców stanowiły bezkarne „wyrzędy”. Tato, nie wiem z kim, wpadł na pomysł i u Kubackiego zamalował okna mazią i jeszcze obłożył perzem, który pewnie był gdzieś na zagacie. Cała radość była w obserwowaniu reakcji domu i jego mieszkańców. W domu było ciemno więc wszyscy spali, ludzie przeszli do kościoła na msze, u Kubackiego śpią, wracają z kościoła, krowy ryczą w oborze, ale wszyscy śpią. Wreszcie około południa wyszedł przed dom gospodarz, jeszcze w kalesonach, popatrzył na niebo, a stąd olśniło go południowe słońce, zasłonił oczy, potem spojrzał na okna i wreszcie zrozumiał co się stało. Chwycił się za głowę i pobiegł do domu. U Leśnika, czyli Nastazioka, była obszerna stodoła kryta strzechą. W górzystym terenie zwykle jedna strona dachu była bardzo blisko ziemi. Tam kawalerka, łącznie z naszym tatusiem, wyniosła na szczyt dachu, czyli kalenicę, ostrewki, na których latem suszy się siano i na tych ostrewkach powiesili stare spodnie. Ciocia użyła takiego sformułowania: „ludzie idą do kościoła, a u Nastazioka na dachu gatki na ostrewce figurują”. Bywało też, że cały wóz rozebrano i na dachu go złożono. Gospodarz musiał kawalerom stawiać wódkę, aby wóz z kalenicy zdjęli. Istotne było to, że dowcipy były raczej nieszkodliwe, nikt się nie obrażał, a panny się cieszyły, że ktoś się nimi interesuje.
Wiele razy już wspominano, że na Kleniu istniał permanentnie problem braku wody. Stąd utrzymanie czystości wymagało nie lada zachodu. Jednak podłogi na Kleniu zawsze były czyste. Ciocia opowiadała, że kiedyś wyszorowała podłogę, wszyscy wyszli na pole – czyli na podwórze i nie wolno było nikomu wejść zanim nie wyschnie podłoga. Wtedy Władziowi zachciało się kapusty kiszonej z beczki. Ponieważ nie mógł chodzić po podłodze, wszedł przez okno na stół, potem na stołek, na ławkę i nabrał kapusty z beczki; a z powrotem po ławce, na stołek, na stół i przez okno na pole. W ten sposób nie zadeptał dziewczynom podłogi i przyniósł kapustę. Pomysły i dowcipy trzymały się taty bardzo długo.
Nie wiem dokładnie w którym roku wysłano tatę do szkoły salezjańskiej w Oświęcimiu, z pewnością przed 1914 r. Nie pamiętam, aby tata opowiadał o swojej szkole, nie wiem jakim był uczniem, nie zachowały się żadne świadectwa, zresztą była to szkoła zawodowa – uczył się stolarstwa. W pewnej sprzeczności z takim poglądem jest fakt, że dobrze i chętnie czytał; pisał bezbłędnie – nie robił żadnych błędów ortograficznych, co u dzisiejszych absolwentów szkół zawodowych jest raczej niemożliwe. Najważniejszym świadectwem ojca było jego postępowanie. Przede wszystkim nigdy nie słyszałam, aby przeklinał czy wyrażał się ordynarnie. Kiedy chciał czemuś zaprzeczyć czy zaprotestować to mówił „dupka z królika”, ale jeżeli zdarzyło się że powiedział „dupa z króla” to myśmy się kurczyli ze strachu, bo tato był bardzo zły. W jego opinii, jeżeli ktoś przeklinał albo pił to był człowiekiem, który nie  nadawał  się do naszego towarzystwa, a już absolutnie nie nadawał się na zięcia.
Drugą charakterystyczną cechą taty było zamiłowanie do porządku wyniesione z domu rodzinnego, szkoły salezjańskiej i austriackiego wojska. Trudno sobie wyobrazić, aby przy licznej gromadce dzieci nie było bałaganu, ale porządek taty obejmował wszystkie narzędzia pracy, wozy, uprząż, całe obejście. Wszystko miało swoje miejsce, wiadomo było gdzie mają być motyki, łopaty, widły, grabie, cepy; nawet bat i kij do pasienia bydła miał swoje miejsce. Jeżeli ktoś naruszył ten porządek, to tata się denerwował.
Kolejną cechą taty była niesamowita uczciwość i prawdomówność, za którą był ceniony i szanowany w całej parafii. Był człowiekiem o wyrobionej mądrości politycznej czemu się dziwił miejscowy kierownik szkoły w Chomranicach Jarończyk, który przy szachach do Kazka mówił „ty Wojtas skąd twój ojciec wiedział to albo tamto”. Był tato człowiekiem tolerancyjnym nikim nie pogardzał, do nikogo nie okazywał nienawiści, nie był antysemitą. Myślę też, że tak oddanego i życzliwego, a szczególnie gorliwego kościelnego to można było daleko szukać.
Te wszystkie zalety naszego ojca, to było najlepsze świadectwo jakie mógł pokazać swoim dzieciom i z którego mógł być dumny. Myślę sobie, że gdzieś z niebieskiej chmurki przygląda się nasz staruszek i pod wąsem uśmiecha się z tego co o nim piszę.
   Nim jednak doszło do tego, że znalazłam się na świecie młody Wójcik przeżył wiele dobrych i złych przygód. Przyszła I wojna światowa. W 1915 r. został powołany do wojska austriackiego. Pewnie krótkie było szkolenie rekrutów. Musztra, obchodzenie się z bronią, podstawowe zwroty w języku niemieckim, bo komendy i rozkazy były wydawane w tym języku. Opowiadał potem tato jak gdzieś w Ausrii przygotowywano ich do wyjazdu na front „italiański”. Żołnierze zgromadzeni na placu, gotowi do przeglądu, którego miał dokonać jakiś feldfebel. Odbyła się defilada piechoty, oficer zaś był na koniu. Jeden z żołnierzy pomylił marszowy krok; oficer wstrzymał przemarsz – podjechał do tego żołnierza i zapytał „wie heist er krowi mąz?” żołnierz powiedział: byk. Wówczas tenże feldfebel uderzył go kilka razy trzymaną w ręku nachają mówiąc „ty byk, ty byk.
Jak na chłopca z głębokiej prowincji tato, jak to wynika z różnych opowiadań, doskonale orientował się w Wiedniu i Krakowie, do końca życia pamiętał nazwy ulic i umiał się po tak dużym mieście poruszać.
Na daleki włoski („italiański”) front, mimo że to była piechota, transport żołnierzy odbywał się koleją. Transport wojskowy musiał być wyposażony we wszystko, to jest broń, żywność i żołnierzy tzw. eszelon. Często zdarzało się, że na niektórych stacjach postój trwał kilka, a nawet kilkanaście godzin. Żołnierze nudzili się jak mopsy, jeżeli się dało to wychodzili z wagonów i penetrowali sąsiednie także stojące na stacji pociągi. Zdarzyło się raz w czasie takiego postoju, że żołnierze znaleźli beczki z rumem i przenieśli jedną do swojego wagonu. Po pierwszych łykach rumu zaraz się humory poprawiły. Ktoś z obsługi kolei zauważył jednak kradzież rumu i zgłosił to dowódcy pociągu wojskowego. Zaczęła się rewizja wagonów. Tu żołnierze zagrali va banc, szkoda było im pozbyć się rumu, ale gdzie go ukryć? W wagonie był tylko jakiś piecyk do ogrzewania, trochę bagażu, jakieś taborety do siedzenia. Usiedli więc wokół piecyka niby to się grzejąc, a beczka z rumem nakryta kocem służyła jako zydelek do siedzenia. Jasne było, że kontrolujący nie chcieli znaleźć tej beczki i nie chcieli karać żołnierzy a poza tym sami też chcieli się później napić. Tym sposobem eszelon odjechał wraz z beczką i rumem.
Wyżywienie wojskowe w czasie wojny często było bardzo mizerne, nieraz dokuczał głód. Konserwy, kasza często niedogotowana, albo jakaś zupa z pokrzyw i chleb. Być może, że na froncie i tego brakowało, bo we Włoszech w okolicach Triestru, gdzie był tato dochodziło do kradzieży żywności. Raz zdarzyło się, że ukradli osła, którego oporządzili i pichcili w kotle. Włoszka, właścicielka osła poszła na skargę do dowódcy. Za taką kradzież na froncie groziła kara śmierci. Dowódca zapytał czy rozpozna tego żołnierza, który ukradł osła. Zarządził zbiórkę, ustawił żołnierzy w szeregu i polecił jej szukać sprawcy. Podobno koledzy podstawili innego żołnierza.
Wiem tylko, że sprawa tego nieszczęsnego osła i uwikłanej w tą sprawę Włoszki i naszego taty czasami wracała w rozmowach rodziców – wówczas mama z przekąsem kwitowała sprawę, że mógł tato zostać w Italii skoro się tak Włoszkom podobał. Na froncie włoskim zapadł na tyfus, z którego udało mu się wylizać. Leżał w szpitalu w Triestrze.
W czasie działań na wschodnim froncie, być może w okolicy Jasła, lub Krosna śmierć zaglądała ojcu w oczy. O ile na froncie włoskim walki były bardziej pozorne nie dochodziło do bezpośredniego starcia żołnierzy, o tyle na froncie wschodnim były mordercze walki z Kozakami, oko w oko, na bagnety. Zdarzyło się pewnego razu, że tato z drugim żołnierzem zgłosił się na ochotnika na patrol zwiadowczy i poszli – kiedy wrócili zastali swój oddział cały wybity. Jeszcze jedno niemal cudowne ocalenie. Z pewnością babcia wyprawiła tatę na wojnę z medalikiem i szkaplerzem, bo nie wiem od kiedy go nosił, a oprócz tego miał niewielką książeczkę do nabożeństwa. W czasie wojennej tułaczki po okopach okładki podniszczyły się trochę. Gdzieś tam w wolnym czasie tato obszył tę książeczkę kawałkiem onucy, i na przodzie książeczki przyszył medalik. Jak tato opowiadał,  nosił tę książeczkę w kieszeni munduru na piersiach.
W nocy gdy miał wartę przy magazynach broni za zasiekami z drutu kolczastego, ktoś zaczął strzelać. Kulki padały tuż obok niego, na chwilę zatrzymał się, zdenerwowany w ciemnościach chciał dostrzec skąd padają strzały, wtedy padł strzał, który był celny i trafił go w pierś, ale wcześniej w drut, na którym pocisk nieco zmienił tor lotu, i już ukośnie w jego książeczkę na piersi. Pocisk rykoszetem wpadł w ziemię między jego nogami. Strzały umilkły. Tę książeczkę przechowywał tato w drewnianym pudełku na szafie razem z dokumentami, z kennkartą i innymi papierami. Niestety nikt nie pamięta czy włożono tę książeczkę do trumny, czy też beztrosko została uprzątnięta, gdy się Józkowie wybudowali, a stary dom rozebrano.
Ojciec mówił, że na wojnie strzelał tak, żeby nikogo nie zabić, bo po drugiej stronie też mogli być Polacy (czasy rozbiorów) - toteż nic dziwnego, że w walkach i on nie odniósł ran, chociaż miał zmiażdżony palec u lewej ręki. Wydaje się, że z tego powodu tato miał dłuższy urlop, po którym dość niechętnie wracał do wojska. Miał świadomość bezsensu tej wojny i strat, jakie ona przynosi (chociażby śmierć i kalectwo szwagrów). Mogło dojść nawet do przykrych konsekwencji gdyby nie to, że kiedy dotarł z opóźnieniem do Krakowa, właśnie odbywało się rozbrajanie wojsk austriackich i szczęśliwie kończyła się wojna. Prawdopodobnie dołączył do oddziałów polskich i wracał już z orzełkiem na czapce.
Mimo względnie szczęśliwego przetrwania wojny, odbiła się ona jednak ujemnie na zdrowiu. To właśnie skutkiem przebywania w wilgotnych i zimnych okopach do końca życia cierpiał tato na reumatyzm, a im dalej tym choroba była bardziej  bolesna i dokuczliwa.

Po powrocie do domu zaczął się rozglądać za żoną. Chodził gdzieś na Krasne do Jabłońskich, w pobliżu siostry Emilki, ale chyba coś tam nie pasowało. Jednego razu zastał go tam Franek Otfinowski, ówczesny oryginał i wróżbita (Mówiono o nim, że był potomkiem szlachty ocalałej po rzezi galicyjskiej). Otóż ten Otfinowski chodził po okolicy, wszystkich znał, zatrzymywał się na 3 – 4 dni w jakimś zamożniejszym domu, gdzie schodzili się przeważnie młodzi, a on wróżył za jakąś drobną opłatą z kart lub z ręki. Często używanym zwrotem Otfinowskiego było powiedzenie: „z czego pon zadowolony bedzies”. Kiedy np. wróżył Jankowi Jarończykowi, to powiedział, że „żona cie bedzie zdradzać, w więzieniu bedzies siedzioł, z czego pon bardzo zadowolony bedzies”. Wróżba ta sprawdziła się po latach. Wracając do Krasnego to młodemu Władkowi Wójcikowi powiedział: „ty się tu nie ożenis. Ożenis się na południowy wschód, w domu, który nie będzie kryty ani słomą, ani dachówką, ani gontem. Żenił się bedzies i do stanu duchownego powołany bedzies”. Można sobie wyobrazić ile uciechy i domysłów wywołała taka wróżba i jak niemiło i nieswojo czuła się owa panna, która już liczyła na małżeństwo. Ta wróżba, choć na pozór niedorzeczna też się spełniła. Podobno wracając z Krasnego na Klenie, któregoś razu dwaj bracia: młodszy Władek i starszy Jasiek natknęli się na Koseckówce na dwie panny Stasię i młodszą Marysię. Panny wpadły w oko kawalerom; dom był zbudowany razem z oborą, część mieszkalna pokryta była blachą, co w owych czasach było wielką rzadkością. Doszło do małżeństwa dwu par 16.VII.1921 r. opisanego w rozdziale drugim. Koseckówka sąsiadowała (nie licząc Smolnika) z gruntem plebańskim. Nic dziwnego, że tato wkrótce został kościelnym, za czym przemawiało także jego salezjańskie wykształcenie. Przyznać trzeba, że kościelny to osoba na wpół duchowna, tak przynajmniej było w pierwszej połowie XX wieku; czyli jeszcze na długo przed Soborem Watykańskim II

Zofia Munnich