ZOFIA POCIECHA ur. 1901 zm.1988 mąż Maciej Pociecha

Dzieci 10, wnuki 41, prawnuki 91, praprawnuki 25

Zofia z mężem Maciejem dała początek potężnej gałęzi rodu – Pociechom. Myślę, że była osobą o niezwykłym harcie ducha i woli, a także nie spotykanej dziś prawie ufności Panu Bogu. Wszyscy wprawdzie Wójcikowie byli wierzący, modlący się, ale ciocia Zosia miała jakąś szczególną łaskę, która pomagała jej przetrwać wszystkie zakręty losu pogodnie i dostojnie ze stałą pamięcią, że można jeszcze innym pomóc.
 Jak wcześniej wspominaliśmy w dzieciństwie omal nie straciła życia, które uratował jej brat Staś. Potem pomagała siostrze Stefie w wychowywaniu dzieci, a gdy dorosła wyszła za Macieja Pociechę. Wuj Maciej pochodził z Miczaków, przez 8 lat pracował w Ameryce. Nie dociekałam tego, ale pewnie za przywiezione pieniądze kupił gospodarstwo w Zbyszycach za Dunajcem, które widać ze szczytu Chełmu. Pan Bóg błogosławił, dzieci się rodziły, rosły. Do wybuchu drugiej wojny światowej było ich dziewięcioro. Po wielkiej powodzi w 1934 r. i w ramach uprzemysławiania kraju zaczęto budować elektrownie w Porąbce na Sole i w Rożnowie na Dunajcu. Aby ujarzmić te groźne rzeki i otrzymać energię elektryczną należało postawić zaporę, a tym samym zalać wodą dość znaczne obszary. Wuj Maciej najął się do przygotowywania i oczyszczania z drzew terenów pod zalew Dunajcem. Przy tej pracy nieszczęśliwie przygniotła go wierzba i zmarł. Około czterdziestoletnia ciocia została wdową z dziewięciorgiem dzieci.

Czy ciocia przeczuwała nadchodzące nieszczęście nie wiem, ale umiała odbierać jakieś znaki. Kiedy np. jej siostra Milka na Krasnem umarła, to w przekonaniu cioci dała jej znak, drzwiczki od kredensu same się zamknęły i ciocia wiedziała, że coś się stało. Na tych drzwiczkach od wewnątrz były zapisane daty śmierci osób bliskich z rodziny. Po śmierci wuja, ciocia nie bawiła się w wizje, gospodarka musiała dalej funkcjonować, dzieci chodziły do szkoły, Józek nie przerwał nauki w Nowym Sączu.
Cała wielkość cioci Pociechowej ukazała się jednak w czasie wojny, kiedy to zdarzył się wypadek z Salamonami i Zającową, o czym była mowa w III rozdziale. Ocalałe z pożaru dziecko zabrał sołtys czy wójt i postanowił, że wieś musi dziecko wychować. Troje starszego rodzeństwa Zająców wzięła rodzina. Wójt sporządził listę mieszkańców Zbyszyc, według której jedną dobę każda rodzina miała pielęgnować i żywić dziecko. Ksiądz mówił na kazaniu o miłosierdziu, prosił, by się ktoś dzieckiem zajął na stałe – nikt się nie znalazł. Kiedy przyniesiono Władzię do Pociechów, przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Dziecko było w poduszce bez poszewki, nie miało na sobie koszulki ani kaftanika, owinięte było w pieluszkę, odparzone biedne.

Ludzie przynieśli dziecko z przekonaniem, że u Pociechowej chociaż godnie umrze. Ciocia Zosia sierotę tak pielęgnowała, że dziecko wydobrzało, nie miała serca oddać dalej, więc je zatrzymała. Ludzie mówili: „Maciejowa, po co wam to, przecież macie swoich dziewięcioro, Maciej nie żyje, a tu wojna”. Ciotka odpowiedziała jeżeli moich dziewięcioro nie umrze z głodu, to i to nie umrze, a gdyby Maciej żył, to pewnie było by i to dziesiąte”. I tak zostało; mało tego, ciocia zrzekła się pola, które po rodzicach przypadło na dziecko. Wystarała się o jakąś rentę sierocą i miała z czego wychować Zającównę. Nie mogła jej jednak adoptować, bo wtedy dziecko straciłoby rentę. Mieszkańcy wsi okazali się z czasem bezlitośni bardziej niż na początku. Kiedy zobaczyli, że Pociechowie wspólnie pracują, żyją zgodnie i dają sobie radę, zaczęli podburzać Władzię aby opuściła rodzinę, która ją przygarnęła i wychowała, aby poszukała swojej naturalnej rodziny, aby u cioci nic nie robiła. Był to dość ciężki okres zarówno dla cioci Zosi jak i dla Zającówny. W końcu dziecko zrozumiało, kto chciał i nadal pragnie dobra dla niej, została i była bardzo dobrą przybraną córką. Wykształciła się, wyszła za mąż, mieszka na Śląsku, gdzie była wicedyrektorem dużego zakładu metalurgicznego. Po śmierci pierwszego męża ponownie wyszła za mąż. Utrzymuje żywe i serdeczne kontakty z rodziną Pociechów. Jej wnuczek Sebastian jest chrześniakiem Ani i Włodka Dunikowskich. Tym sposobem omówiliśmy w skrócie dzieje najmłodszej z Pociechów – Władzi Zającówny-Migrała.

Najstarszą córką Pociechów była Marysia.

W jej twarzy właściwie widziało się tylko oczy; olbrzymie, piękne, trochę jakby smutne, jakby zawstydzone. Mówiła dość głośno i szybko chociaż wyraźnie. Babcia z Klenia zabrała Marysię ze Zbyszyc do siebie. Myślę, że od razu była jakaś umowa, że Marysia będzie się opiekować dziadkami i że jej zostanie oddana druga część gospodarstwa. Jak wcześniej wspominaliśmy babcia nie chciała całego majątku oddać synowi Janowi i jego żonie Stanisławie. To był powód, że duże domostwo dziadków podzielono na dwie części. Babcia, a potem Marysia z ciocią Kasią i Józią zostają w tzw. „izdebce”, a stryj Jasiek mieszkał w drugiej części domu. Wójcikowie na Kleniu byli zamożnymi, mądrymi i szanowanymi gospodarzami, byli więc przez rodzinę i sąsiadów zapraszani w kumy – to znaczy za chrzestnych rodziców. Szczególnie babcia miała bardzo dużo chrześniąt. Franuś Wideł był też jej chrześniakiem, w dodatku 17 Franciszkiem. Widocznie wtedy była moda na to imię. Rodzice Franka umarli wcześnie i babcia opiekowała się tym chłopcem w sposób szczególny, był bowiem prawie domownikiem na Kleniu i chyba krewnym po Leśniarach. Babcia ułożyła sobie plan, by wydać Marysię za Franka Widła.  Bardziej z poczucia obowiązku, by spełnić wolę babci, a nie z miłości, w końcu Marysia zgodziła się na ślub. Zapowiedzi wyszły, a ślubu nie było przez pół roku. Radziła się też Marysia swojej mamy – cioci Zosi, ale cóż, w Zbyszycach było sporo dzieci, na duże wiano nie mogła liczyć. Ciocia obdarowała Marysię serkiem na drogę i kazała wracać na Klenie. Podobno wracając Marysia płakała. W międzyczasie zmarła babcia, a Marysia stała przed dylematem; wypełnić wolę babci czy nie.

 W końcu ślub się odbył, Widłowie ponad czterdzieści lat przeżyli w małżeństwie, wydali na świat tyle dzieci co dziadkowie tzn. jedenaścioro. Nie dociekajmy, czy zrodziła się miłość w tym małżeństwie, czy było tylko przywiązanie i rzetelna odpowiedzialność. Franek pracował na kolei w Nowym Sączu i zabezpieczał materialny byt rodzinie, sam robił zakupy i zdarzało się, że kupił żonie półbuty – ale męskie i do tego dwa numery za duże. Marysia prowadziła dom i uprawiała warzywa. Synowie jej, Władek czy Janek mówili, że tak pięknej marchwi i kapusty nie było w okolicy; nawet na konkursie rolniczym w Męcinie były kosze warzyw uprawianych przez Widłową. Ponadto hodowała krowy na potrzeby własnej rodziny, a trochę i na sprzedaż nabiału. Ktoś wspominał, że Marysia miała powiedzieć: „żeby nie krowy i Franuś to bym do spowiedzi nie musiała chodzić”. Widać z tego, że dzieci, chociaż było ich tyle, nie przysparzały jej kłopotu. W istocie wszystkie dzieci dobrze wychowane, córki piękne, łagodne; synowie rośli, przystojni. Miło było na nich patrzeć kiedy przy spotkaniu urządzonym na Kleniu umieli się znaleźć, gości przyjąć, zaśpiewać i powspominać. Żałowali trochę dawnych czasów kiedy to harcowali po lasach i broń, której pełno było w czasach ich młodości, ukrywali w steinbruchu.
Może tej gałęzi rodu , jak też wielu innym,  należało poświęcić więcej miejsca i czasu. Ze wstydem przyznaję,że tak się nie stało. Poza niemal rówieśniczymi wspomnieniami z młodości, jakoś nie było żywych kontaktów. A to właśnie w tej rodzinie u najstarszego syna Marysi, u Władka Widła, wykiełkowało i dojrzało nawe powołanie kapłańskie.
Władek ożenił się z Marią Lachor – nauczycielką matematyki. Osiedlili się w Tychach, ale w Kłodnym wybudowali sobie dom na ziemi Lachorów. Kiedy Marek zdecydował o wyborze drogi życiowej, wstąpił do seminarium w Katowicach. Jest już trzeci rok po święceniach. Aktualnie pracuje w parafii w Siemianowicach Śląskich. Dość często odwiedza dziadków Lachorów w Kłodnem. Dziwi tylko, że na msze św. biega do Męciny, a nie do Chomranic. Kto wie, może nim kierują jakieś historyczne zaszłości, a może w Męcinie wieją pomyślniejsze wiatry; a może po prostu stamtąd bliżej mu do stryja Macieja, który mieszka w Męcinie z rodziną. Maciek wybudował nowy dom  założył pracownię obuwia, konkretnie skórzanych trepów i sandałów.
Produkcja i handel obuwiem dają także utrzymanie kolejnemu Widłowi Staszkowi, który mieszka w Gródku za Grybowem.
Także Emilka mieszkająca w Rabce pracuje w branży obuwniczej.
Janek Wideł ożenił się i mieszka w Limanowej, ale mają także dom w Kłodnym.

Dwie siostry Ela i Teresa-nauczycielka matematyki i fizyki mieszkają koło Skawiny.
Zosia, jedna ze starszych  sióstr wyszła za mąż za Stanisława Wójcika – syna Edka, niemal po sąsiedzku. Oczywiście jest to rodzina, ale na tyle daleka, że nie stanowiło to przeszkody kanonicznej. Zosia z Mężem wybudowali dom w Nowym Sączu (na Helenie) i w czasie zimy tam mieszkają, a na lato przyjeżdżają na Klenie. Najstarsza ich córka – Jola wyszła za mąż za Kazimierza Piwowara, rodzonego brata Piotrka – zmarłego męża Tereni Dudzikówny. Tu także mają miejsce koligacje rodzinne, tylko w innym kierunku.
 Obecnie na Widłówce mieszka najmłodszy Jacek z żoną Izabelą i czterema synami; dwu z nich ma modne imiona: Dawid i Robert, a dwu rodzinne Franciszek i Jan. Jacek niemal już nie uprawia roli, większość zapuścił na łąki, natomiast zajął się produkcją trepów skórzanych lub handlem i z tego się utrzymują.
Daleko odbiegliśmy od głównego pnia drzewa rodowego – wróćmy więc do Pociechów. Syn Józek założył rodzinę, pracował w Gorlicach i Jaśle, w szkole średniej zawodowej uczył chemii i mechanizacji rolnictwa.

 Syn Józefa, Jerzy Józef obecnie jest profesorem Akademii Ekonomicznej w Krakowie, siostra jego jest po AWF i pracuje jako nauczyciel WF. Liczę na to, że ktoś z potomków cioci Zosi uzupełni i rozwinie rodzinną sagę. Okazuje się, że konary drzewa tak się rozrastają, przybywa nowych młodych gałęzi, że nie sposób wszystko objąć bez szczegółowej kwerendy. Wydaje mi się, że Zosia Dunikowska wraz z mężem Rysiem stanowi taki łącznik, zwornik całej rodziny. U nich koncentrują się wiadomości co u kogo się dzieje. Stąd też mam pobieżne wiadomości o tym, że Józia wyszła za mąż za Prusaka, gospodarza na Śląsku, mają sześcioro dzieci i na tym koniec mojej wiedzy.

   Staszek jest dobrym fachowcem, stolarzem.

Mieszka z rodziną w Krynicy ma dwu synów i dwie córki. Staszek z żoną wzięli udział w spotkaniu jubileuszowym i z sentymentem i radością uczestniczyli w spotkaniu na Kleniu wspominając młode lata.

Tadek natomiast ulokował się w Limanowej,

dobry organizator, jak się Zosia wyraziła „urodzony prezes”.


Teresa została w Zbyszycach na ojcowiźnie,

urodziła pięcioro dzieci. Uległa wypadkowi, po którym długo leżała w szpitalu. Była przekonana, że umrze. Poleciła siostrze Zosi, żeby się zajęła jej maleńkim synkiem. Mężowi kazała powiedzieć, żeby sobie wywiercił dziurę w żłobie, co wprawiło Zosię w wielkie zakłopotanie; nie znała tego powiedzonka, a znaczyło to, że jak ona umrze to on ma się ożenić i nowa żona przyprowadzi do domu krowę. Z tego wypadku cudem wyszła jednak cało. Teresa żyła jeszcze 11 lat; zmarła na raka piersi, a jej mąż Adam Krężel zmarł rok wcześniej na wylew. Gospodarstwo prowadzi ich najstarszy syn, a dzieci wychowywały się razem.

  Franek Pociecha upodobał sobie w Krynicy,

tam szefował w restauracjach:   Hawana i Parkowa. Taka praca dawała mu możliwości poznania różnych ludzi. Nic dziwnego, że ożenił się z dziewczyną, której matka to Ślązaczka, a ojciec Niemiec. Z tych różnych korzeni narodowościowych urodziły się jednak dzieci polskie.


Młodo, bo w 37 roku życia zmarła Milka.

Jej dzieci: Urszula – dietetyczka, żona lekarza pracuje w szpitalu w Krakowie, a Sławek jest inżynierem w Dąbrowie Górniczej, jego żona jest lekarzem.

Zosia i Rysiu Dunikowski a właściwie Józef, zanim doszli do tego, że mają ładny dom w Zawadzie, która jest już częścią Nowego Sącza, imali się różnych zajęć.

Rysiu był mechanikiem, a swoje „laboratorium” miał w piwnicy. Pracował w szkole zawodowej, był maszynistą lokomotywy elektrycznej, magazynierem, prowadził własne szklarnie. Zosia prowadziła zakład usługowy, plisowała spódnice. Mieszkali przy tym w wynajętych mieszkaniach w Chełmcu. Okazało się, że wytrwałość, pomysłowość i pracowitość dały efekty.
 Ich córka Anka z mężem Bogusławem produkują meble ze skóry, firma nazywa się „Iker”.
Córka Ewa, jak przystało na Dunikowską, ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, tam też osiadła i prowadzi z mężem firmę „Dagnez”.
Synowie Dunikowscy: Włodek ma sklepy odzieżowe i prowadzi zakład z ojcem, a Damian ma swój zakład tekstylny.

Trzeba w końcu powiedzieć, że jest to rozwojowa i zdrowa rodzina. Widać tam szacunek dla rodziców, widać zainteresowanie sprawami rodziny, tam się czuje ducha i wiarę ojców. Na zjazd jubileuszowy w ubiegłym roku przyjechali przedstawiciele wszystkich pokoleń i uczestniczyli nie tylko w uroczystości kościelnej i gastronomicznej ale też w niedzielnym spotkaniu na ziemi praojców na Kleniu i Skrzętli.

 

Z synem Stanisławem i córką Marią Wideł

 

 

Urodziny 80 lat, rok 1981.

Dorota i Sebastian Smoliga